Dzisiaj rano odeszła do Pana pani Janina Grześkowiak – sybiraczka, pionierka Skolwina

Janina Grześkowiak (zd. Natalczyk) urodziła się 17 października 1930 r. we wsi Świtiaź (gm. Szack, pow. Luboml, woj. wołyńskie)  Ojciec pani Janiny był sołtysem i służył w wojsku Piłsudskiego, dlatego aresztowano go w 1939 r. i zesłano na 12 lat bez wyroku na Kołymę. Całą rodzinę wywieziono w lutym 1940 r. w pierwszym transporcie na Syberię.

Janina pamięta jak sowieccy żołnierze mówili, żeby zabrać ze sobą pierzynę i kożuchy. Na Syberii była w trzech miejscach: W sumie 6 lat. Po wojnie „Sybiraków” rzucono na tzw. Ziemie Odzyskane. Z miasta Żydchara samochodami ciężarowymi wieziono wszystkich do stacji kolejowej Tabor. Potem wagonami towarowymi wieziono zesłańców do nowej Polski. W czerwcu 1946 r. Janina wraz z rodziną przyjechała do Szczecina. Po trzech miesiącach przenieśli się do Skolwina (Żółwina) na ul. Inwalidzką 93. Tam poznała Stanisława Grześkowiaka. Dnia 14 listopada 1948 r. w parafii Stołczyn odbył się ich ślub.

Tak wspominała przyjazd do Szczecina i Skolwina. Jak wjechaliśmy na tereny poniemieckie i zobaczyliśmy jabłka, gruszki, czereśnie to pomyśleliśmy jedno: ,, Boże! Jaki tu jest raj!” My przez 6 lat nie widzieli ani śliwki, ani gruszki, ani wiśni. Bo tam żadne drzewo nie rosło.

Kiedy pociąg przyjechał w lipcu 1946 na dworzec Niebuszewo ludzie byli bezradni. Nie wiedzieli, w którą stronę się udać. Siedzieliśmy w wagonach chyba ze dwa tygodnie. Wojsko przywoziło zupę, kawę i chleb. Żołnierze pytali nas, dlaczego tu siedzimy. My mówimy, że nie wiemy co ze sobą robić.

W sierpniu 1946 roku wojsko przywiozło nas samochodem ciężarowym do Skolwina. Dom, w którym mieliśmy zamieszkać zajmowały dwie Niemki. Żołnierze nakazali im opuścić mieszkanie. One wzięły tylko tobołeczki i wojsko zabrało je do Polic. Tam były łagry dla Niemców. Momentalnie nam się przypomniało, jak nas Sowieci wywozili. 

Pani Janeczka od samego początku była zaangażowana w pomoc przy parafii. Dopóki zdrowie pozwalało kolejni księża w niedzielę przychodzili do niej na kawę i na rozmowy o parafii, planach remontowych, życiu wspólnotowym. Wielu księży określało ją mamą a w ostatnich lata babcią Janeczką.  Za swoje zaangażowanie w parafię i pomoc Kościołowi została odznaczona diecezjalnym krzyżem Zasługi.